Gdy mój urlop macierzyński dobiegał końca, oboje z partnerem rozpaczliwie potrzebowaliśmy ucieczki od szarej i deszczowej pogody w Belgii. Szukaliśmy miejsca, w którym byłoby ciepło, ale nie upalnie, lot nie trwałby długo, dojazd z lotniska byłby bardzo dobry, a piękno przyrody idealnie łączyłoby się z atrakcjami kulturalnymi. Lizbono, nadchodzimy!

Podczas pierwszego spaceru po mieście szliśmy główną ulicą handlową, aż dotarliśmy do Łuku Rua Augusta — kamiennej budowli historycznej przypominającej łuk triumfalny, która prowadzi na otwarty plac nad wodą. Plac ten, znany jako Praca do Comercio, jest jednym z największych w Europie i stoi na nim pomnik króla Józefa I. W pobliżu znajduje się też słynna winda Elevador de Santa Justa, która wydaje się zbędnym wynalazkiem, ponieważ szczyt wzgórza znajduje się zaledwie kilkaset metrów dalej tą ulicą, a w mieście jest wiele innych miejsc, w których winda przydałaby się znacznie bardziej. Niestety punkt widokowy windy Santa Justa był zamknięty, więc od razu wybraliśmy się do Muzeum Archeologicznego, które znajduje się na szczycie tego wzgórza, a przed nim rozciąga się urokliwy plac.

Ruiny klasztoru Karmelitów i Muzeum Archeologiczne zdecydowanie warto zobaczyć! Są to ruiny dawnego kościoła przy klasztorze Santa Maria do Carmo, który został zniszczony podczas trzęsienia ziemi w Lizbonie w 1755 roku i pozostał bez dachu. Rozpoczęto odbudowę, lecz szybko ją porzucono, pozostawiając imponujące nawy bez zadaszenia, a kaplice — niedokończone. Szkieletowe pozostałości ogromnego kościoła są świadectwem zniszczeń spowodowanych przez trzęsienie ziemi. Wewnątrz znajduje się pięć sal z eksponatami z różnych okresów i kultur, takimi jak peruwiańska mumia oraz sarkofag z IV wieku. Niektóre ściany zdobią duże i piękne płytki azulejos. Teren na zewnątrz jest piękny i idealnie nadaje się do robienia ciekawych zdjęć. Bilet wstępu kosztuje 5 euro za osobę dorosłą.

Lizbona ma mnóstwo wzgórz i stromych schodów! Dzięki temu jednak każdy ma szansę znaleźć swój ulubiony punkt widokowy, bo wybór jest naprawdę duży. Jardim da Cerca da Graça, otoczony niewielkim parkiem, znajdował się zaledwie 5 minut spacerem od naszego apartamentu. Droga prowadziła stromo pod górę, ale w okolicy było mnóstwo restauracji, małych piekarni oraz sklepów oferujących świeże owoce i warzywa.

Alfama to kolejna ciekawa dzielnica pełna wąskich uliczek, rozciągająca się tuż poniżej zamku i oferująca kilka punktów widokowych: Miradouro de Santa Luzia oraz Miradouro das Portas do Sol. Warto zgubić się w labiryncie wąskich, pięknych uliczek i spróbować wiśniowego likieru ginja oraz „salami” (rodzaju ciastka) w jednej ze starych piekarni. Można tu odkryć mnóstwo typowych sklepików, kawiarni, barów i restauracji. Alfama jest również jednym z miejsc w Lizbonie, w których można posłuchać fado. Przed niewielkimi, tradycyjnymi restauracjami widzieliśmy oferty wieczornych występów.

Ta część miasta była jedyną dzielnicą, która przetrwała wielkie trzęsienie ziemi z 1755 roku i późniejsze pożary. Epicentrum znajdowało się pośrodku Oceanu Atlantyckiego, a wkrótce potem w Lizbonę uderzyło największe tsunami. Niemal wszystkie budynki w mieście zawaliły się, zostały zalane lub spłonęły w pożarach. Alfama zachowała się jednak w dobrym stanie dzięki solidnym kamiennym konstrukcjom oraz położeniu wystarczająco wysoko, by uniknąć tsunami.

Nasz apartament znajdował się niecałe 15 minut spacerem od słynnego zamku św. Jerzego. Na terenie zamku żyło wiele pawi, które przesiadywały na drzewach i spacerowały wśród zwiedzających, dumnie prezentując imponujące ogony. Zacienione ogrody otaczające mury obronne zamku były świetnym miejscem, by schronić się przed silnym południowym słońcem. Z tarasu biegnącego wzdłuż murów obronnych roztaczał się zachwycający widok na centrum Lizbony i rzekę Tag.

Wewnątrz zamku znajdowała się niewielka wystawa prezentująca przedmioty znalezione w obrębie jego murów. Ulice wokół zamku były niezwykle urokliwe. Dotarliśmy tam dość wcześnie, około 10:00, a kolejka już szybko się wydłużała. Mogliśmy jednak skorzystać z kolejki dla rodzin, która była prawie pusta — to rozwiązanie świetnie sprawdzało się w całej Lizbonie. Jeśli chcecie uniknąć czekania w kolejce po bilety w kasie, polecam kupić je wcześniej przez internet!

Klasztor Hieronimitów i wieżę Belém, dwa z najczęściej odwiedzanych miejsc w Lizbonie, zostawiliśmy na ostatni dzień pobytu. Najpierw musieliśmy ustawić się w kolejce do kasy, a potem z biletem przejść do wejścia do klasztoru. Było to mylące, ponieważ nie było to to samo wejście. Osobna kolejka prowadziła również do kościoła Santa Maria de Belém, ale na szczęście przesuwała się dość szybko. Wstęp do kościoła jest bezpłatny i warto do niego zajrzeć. W środku można zobaczyć kilka grobowców, w tym grób Vasco da Gamy, pierwszego Europejczyka, który dotarł do Indii drogą morską.

Później wreszcie ruszyliśmy do klasztoru i po raz kolejny dzięki kolejce dla rodzin nie musieliśmy długo czekać. Byliśmy jednak nieco rozczarowani, gdy po około 30–40 minutach zdaliśmy sobie sprawę, że niewiele więcej jest tam do zobaczenia. Poza słynnym wewnętrznym dziedzińcem klasztoru nie było wielu ekspozycji przybliżających historię tego miejsca. Główną atrakcją było po prostu spacerowanie korytarzami na górze i na dole oraz podziwianie architektury.

Nie zapomnijcie ponownie stanąć w kolejce po słynne pastéis w legendarnej Pastéis de Belém, znajdującej się kawałek dalej przy tej samej ulicy. Choć właśnie tam sprzedawane są oryginalne pastéis, jeszcze lepsze jedliśmy w małej lokalnej piekarni w centrum Lizbony. W pobliżu znajduje się niewielki park, w którym można odpocząć na ławce w cieniu drzew. Wybraliśmy się też na spacer, aby zobaczyć wieżę Belém, ale niestety była zamknięta z powodu remontu. Zjedliśmy jednak pyszny lunch w pobliskiej restauracji Adega de Belém, co było idealnym zakończeniem naszego dnia.

Widok z punktu widokowego Miradouro de São Pedro de Alcântara, położonego nad stacją Rossio, z której odjeżdżają pociągi do Sintry.

Informacje praktyczne:

  • Lotnisko jest świetnie skomunikowane z miastem metrem. Kupiliśmy doładowywaną kartę Viva Viagem, z której oboje korzystaliśmy w metrze, tramwaju i pociągu. Karta kosztuje 0,50 euro. Bilet kolejowy do Cascais/Sintry/Estoril kosztuje tylko 1,90 euro za osobę w jedną stronę. Pojedynczy przejazd metrem kosztuje 1,35 euro. Przejazd tramwajem do Belem kosztował około 1,50 euro, ale jeśli kupicie bilet w automacie w samym tramwaju, zapłacicie 3 euro. Taka karta jest zdecydowanie bardzo wygodna. Warto znać ceny poszczególnych przejazdów i wiedzieć, dokąd się jedzie, ponieważ niewykorzystanych środków pozostałych na karcie nie można odzyskać. Przy każdym zeskanowaniu karty widać, ile pieniędzy na niej zostało. W ten sposób sprawdzaliśmy cenę każdego przejazdu, a następnie doładowywaliśmy kartę dodatkowymi środkami. Kartą można też płacić za prom, a ceny wynoszą od 1 do 2 euro.

  • Popełniliśmy błąd, zatrzymując się w centrum miasta, ponieważ hałas utrzymywał się do późnego wieczora. Zdarzało się, że po północy wyrzucano szkło, prawdopodobnie przy zamykaniu restauracji. Słyszeliśmy każdy krok i każdą rozmowę z apartamentu nad nami. Początkowo planowaliśmy zatrzymać się w centrum, aby móc łatwo wracać do apartamentu w środku dnia, gdy nasze dziecko miało drzemkę w łóżeczku. Ostatecznie jednak maluch spał w naszym nosidełku ergonomicznym o miękkiej konstrukcji (BabyBjorn, model Baby Carrier One). Jeśli korzystacie głównie z nosidełka, zdecydowanie polecamy zabrać dobrą matę do przewijania, najlepiej wodoodporną. Dzięki temu można rozłożyć ją na trawie, aby dziecko mogło poleżeć na brzuszku i porządnie się rozprostować.

  • Mieszkańcy Lizbony byli bardzo przyjaźni, zarówno w restauracjach, jak i sklepach. Ucieszyły nas specjalne kolejki dla osób z dziećmi, dzięki którym nie musieliśmy czekać przed wejściem do żadnej atrakcji turystycznej. Niemal niemożliwe było jednak znalezienie restauracji z przewijakiem w toalecie. Ponadto toalety były często małe i ciasne, co utrudniało zmianę pieluszki maluchowi. Ze względu na ograniczoną przestrzeń w centrum miasta stoliki w restauracjach stały bardzo blisko siebie, więc siedzenie w środku z wózkiem było niemal niemożliwe.