Północne wybrzeże Portugalii zaskoczyło nas znacznie bardziej, niż się spodziewaliśmy. Podczas naszej podróży samochodowej między Porto a Bragą odwiedziliśmy Vianę do Castelo, Barcelos, Parque Natural do Litoral Norte, słynne wiatraki w Apúlii oraz starożytną osadę na wzgórzu Castro de São Lourenço. W tym wpisie dzielę się szczegółowym planem pierwszych dwóch dni naszego pobytu, praktycznymi wskazówkami oraz wrażeniami z odkrywania tej części północnego wybrzeża Portugalii podczas naszych wiosennych wakacji.

Mimo opóźnionego lotu mojego taty, udało nam się rozpocząć wycieczkę do Viany do Castelo jeszcze przed porą obiadową. Aby mój mąż i córka nie musieli spędzać dodatkowej godziny w samochodzie, zostawiłam ich w urokliwym Parque da Cidade da Póvoa de Varzim, położonym tuż przy głównej drodze prowadzącej na lotnisko. Po 30-minutowej jezdzie samochodem, odebrałam tatę z lotniska, następnie wróciłam po męża i córkę, po czym wspólnie ruszyliśmy prosto do Viany do Castelo.

Najbardziej charakterystyczny zabytek miasta, Sanktuarium Najświętszego Serca Jezusowego (Santuário de Santa Luzia), wznosi się na wzgórzu górującym nad miastem i wybrzeżem Atlantyku. Jak się później okazało, był to najcieplejszy dzień całego naszego wyjazdu, dlatego mój pomysł, aby wejść do sanktuarium schodami, nie należał chyba do najlepszych. Choć była dopiero godzina 11:00, upał dawał się już mocno we znaki. Zaparkowaliśmy samochód w górnej części miasta i przeszliśmy labiryntem wąskich uliczek, zanim dotarliśmy do głównych schodów prowadzących do kościoła. Niestety, niemal cała trasa prowadziła w pełnym słońcu, bez odrobiny cienia.

Po drodze minęliśmy górną stację zabytkowej kolejki linowej Santa Luzia, najdłuższej kolejki tego typu w Portugalii, jednak w okolicy nie było żywej duszy, a wagonik się nie poruszał, więc przez chwilę zastanawialiśmy się, czy tego dnia w ogóle kursuje. Teraz już wiedzieliśmy, że już za chwilę naszym oczom ukażą się spektakularne widoki i rzeczywiście tak się stało. W koncu naszym oczom ukazał się majestatyczny kościół, rozległy plac przed sanktuarium oraz zapierające dech w piersiach panoramy oceanu, rzeki Limy i miasta rozciągającego się poniżej.

Za kościołem znajduje się niewielki teren piknikowy z drewnianymi stołami ukrytymi w cieniu drzew. Wiele osób odpoczywało tam, chroniąc się przed silnym południowym słońcem. Kościół stoi na wzgórzu Monte de Santa Luzia, na którym znajdują się również pozostałości starożytnej celtyckiej osady (Citânia de Santa Luzia, nie zwiedzaliśmy). Idąc w kierunku miejsca piknikowego, zauważyłam boczne wejście prowadzące na wieżę widokową. Obok stał nawet automat do zakupu biletów, jednak po odpoczynku w cieniu drzew zupełnie zapomnieliśmy, aby tam wrócić i wejść na górę. Wnętrze kościoła okazało się mniejsze, niż się spodziewaliśmy, jednak prawdziwą atrakcją tego miejsca jest bez wątpienia panoramiczny taras znajdujący się przed sanktuarium.

Była już zdecydowanie pora obiadowa, więc zeszliśmy do centrum miasta, tym razem docierając do podnóża schodów w bardziej centralnej części miasta, niz ta gdzie zostawiliśmy auto. Po smacznym obiedzie byliśmy wreszcie gotowi, aby na dobre rozpocząć zwiedzanie Viany do Castelo. Naszym pierwszym przystankiem była nadbrzeżna promenada. Na Praça da Liberdade nasza córka z radością biegała przez dużą fontannę, podczas gdy my podziwialiśmy stojący nieopodal pomnik upamiętniający Rewolucję Goździków z 1974 roku, która zakończyła wieloletnią dyktaturę w Portugalii i przywróciła krajowi demokrację oraz wolność. Pomnik symbolizuje wyzwolenie poprzez zerwane łańcuchy.

Stamtąd ruszyliśmy w stronę fortu, mijając po drodze statek-muzeum Gil Eannes. Jednostka Gil Eannes służyła niegdyś jako statek zaopatrzeniowy, pływający szpital oraz lodołamacz, natomiast dziś pełni funkcję statku-muzeum, choć tym razem zrezygnowaliśmy ze zwiedzania jego wnętrza. Gdy skręciliśmy w Rua dos Mareantes, atmosfera całkowicie się zmieniła. Restauracje serwujące owoce morza, niewielkie lokalne sklepiki, sieci rybackie oraz stosy pustych plastikowych skrzynek nadawały tej okolicy prawdziwie morski charakter.

Forte de Santiago da Barra okazał się jednak lekkim rozczarowaniem. Choć widok na wzgórze Monte de Santa Luzia i górujące nad nim sanktuarium był piękny, panoramy portu i miasta nie zrobiły na nas większego wrażenia. Patrząc z perspektywy czasu, nie sądzę, aby spacer aż tam był naprawdę wart zachodu, zwłaszcza że znacznie bardziej podobało nam się późniejsze spacerowanie po urokliwym Starym Mieście. Historyczne centrum Viany do Castelo zachwyciło nas swoim klimatem, szczególnie wąskie uliczki otaczające Sé Catedral de Viana do Castelo. Na Praça da República wciąż można było zobaczyć wielkanocne dekoracje, które dodawały miastu jeszcze więcej uroku i które bardzo podobały sie naszej córce.

W drodze powrotnej do samochodu minęliśmy Mercado Municipal de Viana do Castelo, czyli miejski targ spożywczy. W mieście znajduje się również Museu do Traje de Viana do Castelo, poświęcone tradycyjnym portugalskim strojom, które cieszy się bardzo dobrymi opiniami. Uznaliśmy jednak, że nie będzie to interesujące miejscem do odwiedzenia z czteroletnim dzieckiem.

Zamiast tego postanowiliśmy opuścić miasto i późne popołudnie spędzić na odkrywaniu Parque Natural do Litoral Norte. Zaparkowaliśmy przy wejściu na plażę Ofir, tuż obok ogromnych wieżowców mieszkalnych Torres de Ofir. Te potężne budynki widać z bardzo dużej odległości, gdyż następnego dnia dostrzegliśmy je nawet z punktu widokowego Miradouro de São Lourenço. Szczerze mówiąc, niezbyt harmonijnie wpisują się w otaczający krajobraz. Tego dnia bardzo mocno wiało, byc może dzięki temu okolica była niemal pusta. Dotarliśmy tam jednak dość późno, około godziny 17:00, gdy ostatni surferzy wychodzili już z wody, co mogło się również przyczynić do bardzo małej ilości turystów. Przy wejściu na plażę odbywał się zlot zabytkowych pojazdów, więc przez chwilę podziwialiśmy klasyczne samochody, zanim ruszyliśmy w stronę rezerwatu przyrody.

Z parkingu do początku drewnianych kładek było około 1,3 km. Trasa prowadziła przez okolicę pełną domków letniskowych i wakacyjnych apartamentów ukrytych wśród pięknych lasów sosnowych. Teoretycznie można było przejechać wąskimi jednokierunkowymi uliczkami bliżej początku szlaku, jednak w pobliżu nie było absolutnie żadnego miejsca do parkowania. Przy drogach ustawiono drewniane słupki i duże głazy, aby uniemożliwić nielegalne parkowanie na poboczu drogi. Drewniane kładki prowadzące przez wydmy i porośnięte trawami tereny były świetnie przygotowane i oferowały piękne widoki na rzekę oraz miasto Esposende po drugiej stronie. Podczas spaceru spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Naszym ostatnim przystankiem był Miradouro da Restinga do Cávado, gdzie drewniane pomosty pozwalają podziwiać mokradła i delikatną roślinność bez ingerowania w ten cenny ekosystem.

Naturalne wydmy wyglądały wręcz bajecznie, uformowane przez silny wiatr w piękne, falujące wzory. Niestety, jedna z kładek prowadzących na plażę była częściowo zapadnięta i wyglądała bardzo niebezpiecznie. Na szczęście w porę zdążyliśmy zatrzymać naszą córkę, zanim wbiegła na uszkodzone schody.

Spędziliśmy trochę czasu na ogromnej, niemal pustej plaży, biegając, bawiąc się i podziwiając okolicę, jednak wiatr był po prostu zbyt silny, aby zostać tam na dłużej. Piasek nieustannie wpadał nam do oczu i we włosy, aż w końcu zmusił nas do opuszczenia plaży. Mimo wiatru było to wspaniałe miejsce na spacer. Jedną z największych zalet wizyty w kwietniu, zwłaszcza późnym popołudniem, było to, że niemal cały teren mieliśmy wyłącznie dla siebie. To był intensywny, ale piękny dzień i gdy wróciliśmy do apartamentu, byliśmy bardziej niż gotowi na zasłużony odpoczynek.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy porannym spacerem po Póvoa de Varzim, mieście, w którym spędziliśmy pierwsze dwie noce naszego pobytu. Musieliśmy przejść prawie 2 km do portu, ponieważ nie udało nam się znaleźć żadnego bezpłatnego miejsca parkingowego bliżej nabrzeża. Sobotni poranek okazał się w centrum miasta wyjątkowo ruchliwy, częściowo z powodu meczu piłkarskiego rozgrywanego na stadionie, przynajmniej tak przypuszczaliśmy, sądząc po hałasie dochodzącym z jego okolic. Poza kasynem oraz niewielkim portem z pięknym murem ozdobionym płytkami azulejos, miasto nie wydało nam się szczególnie interesujące. Znajdowała się tam również niewielka twierdza, jednak nie zdecydowaliśmy się wejść do środka, ponieważ sprawiała wrażenie małej i niezbyt ciekawej. Mimo to spacer wzdłuż nabrzeża był bardzo przyjemny, a po drodze mijaliśmy kilka placów zabaw. Radziłabym jednak pominąć to miasteczko na rzecz Barcelos, tam było dużo przyjemnych miejsc, gdzie można było spacerować, na przykład wzdłuż rzeki.

Poprzedniego wieczoru wybraliśmy się zobaczyć stary wiatrak zwany Antigo Moinho de Vento i obejrzeć zachód słońca. Ta okolica okazała się piękna, z pustą plażą, niewielkimi wydmami i wspaniałymi widokami o zachodzie słońca. Przez wydmy prowadziły ładne drewniane kładki, ale byliśmy dość zaskoczeni ilością śmieci zalegających w okolicy kładek.

W drodze do Bragi, gdzie mieliśmy spędzić kolejne cztery noce, zaplanowaliśmy jeszcze kilka przystanków. Naszym pierwszym celem były słynne wiatraki w Apúlii. Te charakterystyczne wiatraki stoją bezpośrednio na nadmorskich wydmach, tworząc niezwykle malowniczy krajobraz. Tuż obok znajdował się niewielki parking, więc znalezienie miejsca postojowego nie stanowiło żadnego problemu. Tradycyjne portugalskie wiatraki budowano pierwotnie do mielenia zbóż, przede wszystkim kukurydzy, na mąkę dla lokalnych mieszkańców. Ich charakterystyczną cechą była cylindryczna kamienna podstawa oraz obracający się dach, dzięki któremu skrzydła można było ustawiać w rożnych kierunkach. Położenie tuż przy wybrzeżu pozwalało w pełni wykorzystywać silne atlantyckie wiatry. Brzmiało to sensownie, ponieważ wiatr, który zastaliśmy tego dnia, był niezwykle silny i praktycznie uniemożliwiał normalny pobyt na plaży. Szybko podbiegliśmy do skał, aby podziwiać ocean, jednak unoszony przez wiatr piasek uderzał nas tak mocno, że niemal natychmiast się wycofaliśmy. Nawet robienie zdjęć było trudne, ponieważ piasek dostawał się dosłownie wszędzie.

Z biegiem lat wiele z tych wiatraków popadło w ruinę, jednak część z nich została odrestaurowana i dziś można je podziwiać, choć wyłącznie z zewnątrz. Po około trzydziestu minutach ruszyliśmy w stronę kolejnego naszego celu, Castro de São Lourenço, ważnego stanowiska archeologicznego położonego niedaleko Esposende. Jechaliśmy tam bardzo malowniczą nadmorską drogą prowadzącą przez piękne lasy sosnowe pełne domów letniskowych. Zdecydowanie był to lepszy wybór niż podróż ekspresową. Castro de São Lourenço zachowało pozostałości osady z epoki żelaza, niegdyś zamieszkanej przez społeczności celtyckie. Część zabudowań została zrekonstruowana, dzięki czemu łatwiej wyobrazić sobie pierwotny wygląd osady. Ponieważ domy budowano na tarasach wykutych w zboczu wzgórza, mieszkańcy mogli maksymalnie wykorzystać dostępną przestrzeń.

Punkt widokowy Miradouro de São Lourenço, znajdujący się przy niewielkiej kaplicy São Lourenço, oferował rozległe panoramy wybrzeża Atlantyku i okolicznych terenów. Stamtąd mogliśmy nawet dostrzec wysokie wieżowce Torres de Ofir oraz rezerwat przyrody, który odwiedziliśmy poprzedniego dnia.

Przez otaczający las prowadziło kilka krótkich szlaków pieszych, jednak nasza córka od razu odrzuciła pomysł dalszego spaceru. Zamiast tego odwiedziliśmy niewielkie muzeum znajdujące się tuż obok stanowiska archeologicznego, gdzie skromna wystawa prezentuje najważniejsze odkrycia dokonane podczas wykopalisk. Samo stanowisko nie jest zbyt duże, ale zdecydowanie warto zatrzymać się tu na krótki postój podczas zwiedzania tej części wybrzeża. Rosnący wokół las eukaliptusowy dodatkowo podkreśla wyjątkowy klimat tego miejsca.

W tym momencie wszyscy byli już naprawdę głodni. Kiedy dotarliśmy do naszego ostatniego przystanku tego dnia, Barcelos, okazało się, że jest już po godzinie 15:00, a więc wiele restauracji, które wcześniej zapisaliśmy jako nasze opcje, było już zamkniętych. Po długich poszukiwaniach najpierw poszliśmy do restauracji, która, mimo że Google Maps wskazywało ją jako otwartą, okazała się zamknięta. W kolejnym lokalu poinformowano nas, że wszystkie dania główne zostały już wyprzedane i dostępne są jedynie dodatki. Będąc już kompletnie wygłodniali, zmęczeni i lekko sfrustrowani, postanowiliśmy spróbować szczęścia jeszcze w jednej restauracji, położonej nieco dalej. Na szczęście ta brazylijska restauracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Kelnerki były niezwykle sympatyczne, jedzenie pyszne, a szybka obsługa była dokładnie tym, czego w tamtym momencie potrzebowaliśmy. Po obiedzie od razu ruszyliśmy do centrum miasta.

Gdy dotarliśmy do Jardim Velho de Barcelos, miasto nagle wydało się znacznie bardziej zielone, kolorowe i o wiele bardziej urokliwe, niż się spodziewaliśmy. Naszą uwagę szczególnie przyciągnęły kolorowe, bogato zdobione bramy ustawione wzdłuż skraju placu. Jak wyjaśnili mi później nasi znajomi, każda z tych tak zwanych bram festiwalowych została przygotowana przez inną parafię z okazji lokalnych świąt i uroczystości. W północnej Portugalii, zwłaszcza w okolicach Barcelos, Bragi i regionu Minho, parafie od pokoleń tworzą ozdobne łuki, bramy i kwiatowe konstrukcje na potrzeby religijnych festiwali. Takie dekoracje są powodem do dumy i przyjaznej rywalizacji między parafiami, a lokalne społeczności często spędzają całe tygodnie, przygotowując je z kwiatów, wstążek, światełek i ręcznie wykonanych ozdób.

Barcelos okazało się wyjątkowo atrakcyjne dla naszej córki, ponieważ przez cały spacer wypatrywała figurek koguta rozmieszczonych w różnych częściach miasta. Kogut z Barcelos jest jednym z narodowych symboli Portugalii i właśnie z tego miasta wywodzi się jego legenda. Według opowieści niesłusznie oskarżony pielgrzym, sądzony w Barcelos, oświadczył, że pieczony kogut zapieje, aby udowodnić jego niewinność. Cudownie kogut rzeczywiście zapiał, ratując pielgrzyma przed śmiercią, a od tamtej pory stał się portugalskim symbolem sprawiedliwości, wiary, uczciwości i szczęścia. W uliczkach miasta ukryto także wiele innych rzeźb, dzięki czemu spacer zamienił się dla naszej córki w świetną zabawę.

Główną ulicą skierowaliśmy się w stronę Igreja do Senhor Bom Jesus da Cruz, którego charakterystyczną sylwetkę było widać już z daleka. Nietypowy, okrągły kształt kościoła od razu przykuł naszą uwagę. Wnętrze było pięknie udekorowane błyszczącymi zdobieniami i licznymi rzeźbami, dzięki czemu sprawiało wyjątkowo bogate i imponujące wrażenie. Obok kościoła znajduje się ogromny plac, który obecnie służy jako parking, choć na mapach oznaczony jest jako teren targowy. Jak się dowiedzieliśmy, w każdy czwartek zamienia się on w ogromny targ, na którym można kupić żywność, ubrania, ceramikę oraz wiele lokalnych produktów.

Obok kościoła znajduje się uroczy Jardim das Barrocas, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę, siedząc na ławce i odpoczywając w promieniach słońca. Tam również znaleźliśmy kolejną rzeźbę koguta z Barcelos. Motyw koguta towarzyszył nam niemal wszędzie, pojawiał się na ceramicznych figurkach, płytkach azulejos, kuchennych dekoracjach, magnesach oraz niezliczonych pamiątkach.

Następnie przeszliśmy główną ulicą handlową, Rua António Barroso, w kierunku Igreja Matriz de Santa Maria Maior de Barcelos. Wystawy sklepowe wypełniały kolorowe ceramiczne koguty, ręcznie malowane płytki, kuchenne akcesoria oraz tradycyjne tkaniny ozdobione słynnym motywem. Bardzo szybko zrozumieliśmy, dlaczego kogut z Barcelos uważany jest za jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Portugalii.

Samo wnętrze kościoła było przepiękne, zwłaszcza dzięki niebieskim płytkom azulejos zdobiącym ściany. W portugalskich kościołach azulejos pełniły nie tylko funkcję dekoracyjną, ale także przedstawiały sceny religijne i tworzyły spokojną, sprzyjającą refleksji atmosferę. Niebieska kolorystyka była inspirowana chińską porcelaną i symbolizowała elegancję oraz prestiż. Nasza córka chciała posiedzieć tam przez chwilę w ciszy, wsłuchując się w muzykę rozbrzmiewającą we wnętrzu.

Cała okolica otaczająca kościół jest niezwykle przyjemna. Wzdłuż rzeki ciągnie się promenada, po której można spacerować lub po prostu usiąść na jednej z ławek i odpocząć. W pobliżu znajdują się również niewielkie ruiny archeologiczne, które okazały się ciekawym miejscem do krótkiej eksploracji. Przepływająca przez Barcelos rzeka Cávado to ta sama rzeka, którą oglądaliśmy dzień wcześniej w Parque Natural do Litoral Norte, gdzie uchodzi do Oceanu Atlantyckiego.

Museu Arqueológico de Barcelos to niewielkie muzeum archeologiczne na świeżym powietrzu, położone pomiędzy głównym kościołem a rzeką. Oprócz pozostałości archeologicznych oferuje także fantastyczne widoki zarówno na rzekę, jak i na panoramę miasta. Położone w pobliżu średniowiecznego mostu Ponte Medieval de Barcelos zapewnia również doskonały punkt widokowy na sam most.

W drodze powrotnej do samochodu odkryliśmy jeszcze więcej rzeźb kogutów ukrytych w różnych zakątkach miasta. Nigdy nie było wiadomo, gdzie pojawi się kolejna. Barcelos okazało się dla nas wspaniałym zaskoczeniem, kolorowym, tętniącym życiem i niezwykle przyjemnym miastem, idealnym na spacer oraz relaksujący przystanek w drodze do Bragi.

Informacje praktyczne:

  • Povoa de Varzim: bezpłatny parking
  • Sanktuarium Najświętszego Serca Jezusowego (Santuário de Santa Luzia)
    Wstęp do kościoła jest bezpłatny. Wejście na taras widokowy na szczycie wieży kosztuje 2 €. Bilety można kupić w automacie znajdującym się na miejscu. Na szczycie wzgórza dostępny jest duży, bezpłatny parking. Parking w mieście. Wejście na górę zajęło nam około 40 minut, przy przewyższeniu wynoszącym około 160 metrów.
  • Parque Natural do Litoral Norte: bezpłatny parking
  • Wiatraki w Apúlii
    Wstęp oraz parking bezpłatny. Przy parkingu znajduje się budynek z ogólnodostępnymi toaletami (100m od parkingu idac w kierunku miasta).
  • Castro de São Lourenço
    Wstęp, museum oraz parking bezpłatny
  • Barcelos
    Wszystkie odwiedzone przez nas atrakcje w mieście były bezpłatne.